Drogi Mikołaju!

Będzie krótko. Albo i nie będzie. Jeszcze nie wiadomo. W każdym razie zaczęłam inwokacją, to teraz mówię B. Otóż, drogi Mikołaju, dziękuję za wszystkie prezenty, które dzisiaj dostałam. A są to:
a) okres
b) całotygodniowa wizyta matki mojego współlokatora – wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że W.  sprzątając przed przyjazdem mamy z rozpędu wyrzucił moje ukochane stare japonki
c) mandat za przejazd warszawską komunikacją miejską bez ważnego biletu.
Doładowałam dzisiaj rano kartę miejską, ale oczywiście zapomniałam ją aktywować. Takie gapiostwo kosztuje 130 złotych. Tak właśnie. Tak to jest, jak się czyta książki o chaosie i potem się rozmyśla w komunikacji miejskiej o równaniu logistycznym, dziwnym atraktorze Lorenza oraz Mandelbrocie i jego owadach. No jestem na siebie wściekła. Serio.
Poprawiam sobie teraz humor hipsterską muzyką z Nowej Zelandii. Fajni są, nie? A ten kawałek jest taki jakiś wakacyjny. Człowiek ma ochotę rzucić to wszystko i jechać na jakiś dziwny festiwal, siedzieć na ziemi, pić piwo i wystawiać twarz do słońca. Słońce. Tak. W Nowej Zelandii jest teraz słońce.
A ta książka o chaosie – Jamesa Gleicka – jest doskonała. Świetnie napisana, czyta się ją jak kryminał. Serio. I ja ją tak czytam i coś mi się przez nią zrobiło w głowę. Mam wrażenie, że te puzzle się muszą jakoś złożyć wszystkie w jedną całość, ale ja nie mam pojęcia, jak to zrobić i strasznie mnie to męczy.
Poza tym chciałabym jeszcze napisać, że widziałam bardzo zły film pod tytułem “Niebezpieczna metoda”, w którym Keira Knightley gra chorobę psychiczną głównie przy pomocy żuchwy oraz wygłasza tekst roku (“Anioły mówią po niemiecku!”). Ku zdegustowaniu całej sali kinowej mało się po tym tekście nie udławiłam ze śmiechu. Widziałam również bardzo dobry film pod tytułem “Szpieg”, w którym starzy, brzydcy i pomarszczeni ludzie krążą wokół stert zakurzonego papieru i pokazują, że wywiad (brytyjski!) nie polega na byciu Jamesem Bondem. Oglądałam też trzyodcinkowy serial pod tytułem “Sherlock”, który co prawda odbywa się współcześnie, dzięki czemu Sherlock jest wyposażony w analizę DNA i smart phone’a, ale nic przez to nie traci na uroku. Mało tego, jestem skłonna bronić tezy, że facet, który gra tegoż Sherlocka jest najcudowniejszym Sherlockiem, jakiego widziałam. Wiem, co mówię, bo w Sherlocku Holmesie kocham się od ósmego roku życia i widziałam prawie wszystkie jego wcielenia.
Na koniec chciałabym jeszcze sama sobie dać dobrą radę. A mianowicie – nie możesz się kretynko zakochiwać w każdym facecie, który jest dla ciebie miły. No nie możesz. To tak nie działa. Tyle na dzisiaj. Dziękuję, dobranoc, idę zapłacić ten cholerny mandat.
| Dodaj komentarz

Wyznacznik z definicji i wielbłąd ze styropianu, czyli niestety znowu przyszła jesień.

Nie pojechałam jeszcze na biegun, żyję i mam się… hmmm,  no właśnie, nie bardzo wiadomo jak. W dalszym ciągu jestem zadowolona z tego, co robię z tymi geofizykami. Wygrałam wojnę o zajęcia z angielskiego i to jest dobrze. Chociaż z drugiej strony – taka wojna się w ogóle odbyła, a to jest źle. Bardzo źle. Przez dwa tygodnie próbowałam różnych ludzi w tym cholernym instytucie przekonać, że ja mówię po angielsku i że naprawdę nie muszę chodzić na instytutowy angielski. I że bardzo chętnie będę chodzić na dowolny inny język, sama sobie za niego zapłacę, tylko dajcie mi święty spokój. Mogę egzamin jakiś z tego angielskiego zdać, cokolwiek, żebym tylko nie musiała dwa razy w tygodniu w samym środku dnia siedzieć po półtorej godziny na tych zajęciach i słuchać, czym się różni Past Simple od Present Perfect, bo nie zdzierżę. I już nawet nie chcę pisać, co ja myślę o tym, że doktorantom (ludziom, którzy chcą karierę naukową robić!) trzeba tłumaczyć, czym się różni Past Simple od Present Perfect. OK, tłumaczcie sobie, wszystko mi jedno, tylko niech ja tego nie słucham! Nie, przez dwa tygodnie wszyscy mi powtarzali, że nie ma takiej możliwości, żeby się z tego angielskiego zwolnić. Dopiero, jak mój pan opiekun poszedł rozmawiać z tymi wszystkimi ludźmi, to się okazało, że można mnie zwolnić, bo mam jakieś tam certyfikaty. I jak ja poszłam na pierwsze zajęcia. Trudno mi w tej chwili powiedzieć, co było decydujące. Możliwe, że załamałam lektorkę. Zmasakrowałam jej te zajęcia, bo przez półtorej godziny nie zamykała mi się twarz.
Poza tym chodzę jeszcze na zajęcia, na których liczę wyznacznik macierzy 3×3, a koleżanki wołają, że za szybko i że skąd ten minus tam i one w ogóle nie rozumieją. A pan prowadzący mówi, że ja w pamięci i z definicji i żebym wszystkim wytłumaczyła, skąd ten minus. No więc ja tłumaczę, pan prowadzący się dziwi, a ja już nic nie rozumiem, no bo jak to: że ja z definicji wyznacznik liczę? a z czego ten wyznacznik jeszcze można policzyć? No błagam.
W kwestiach kulturalnych się ostatnio trochę zaniedbuję. Czytam na przykład “Song of Ice and Fire”. W połowie drugiego tomu już jestem. Wiem, że to nie jest poważna literatura, ale postaci są świetnie skonstruowane, a poza tym mam ją na Kindle’u i dobrze się ją czyta w tramwaju. :) Oglądałam też ostatniego Almodovara, ale mi się nie podobał. W ogóle nie był almodovarowy. To znaczy, w tych jego filmach postaci są zawsze dziwne i niespotykane, ale przy tym takie bardzo ludzkie i ja zawsze mam dla nich ogromną sympatię. A w “Skórze…” to tak jakoś nie. Chociaż pani, która była Humą Rojo, jest doskonała, a Antonio niezmiennie superprzystojny. Poza tym w kinie siedziała obok mnie zdumiewająca para. Ona oglądała film, a on wyciągnął laptopa i cały seans coś klepał. Świetny pomysł. Przyjść do kina, żeby pracować. O, a w piątek i wczoraj byłam na Free Form Festival. Bardzo było fajnie, chociaż cholernie zimno. Miejsce trochę takie jak to Centrum Sztuki Współczesnej w Sewilli, chyba o nim pisałam, stara fabryka przerobiona na takie cygańsko-kulturane miejsce. Lubię takie klimaty. Nagłośnienie było kiepskie, ale te koncerty w hali fabrycznej i tak robiły wrażnie. Oni mi się chyba najbardziej podobali:
Poza tym załamałam pana od graffiti. Pan od graffiti zajmował się wielbłądem, którego uczestnicy festiwalu mieli malować farbami w spray’u, używając szablonów albo własnej inwencji twórczej. Wielbłąd był reklamówką marki papierosów z wielbłądem, taką zakamuflowaną , no bo przecież palenie zabija i tak dalej. W każdym razie był. Żółty wielbłąd. Ja w piątek na samym początku zostałam zaatakowana przez pana od graffiti i jakąś miłą panią, żebym coś na nim namalowała. No więc namalowałam mu na nodze równanie stanu gazu. Chciałam Naviera-Stokesa, ale po dwóch piwach ciężko mi je było sobie przypomnieć, poza tym chyba by się na tej nodze nie zmieściło. Namalowałam, a pan pyta: “Co to jest?” “Równanie stanu gazu.” “Jakiego gazu?” “Jak to jakiego? Doskonałego.” No i jeszcze chwilę sobie z panem od graffiti pogawędziliśmy, bardzo było miło. A w sobotę przechodziłyśmy z A. obok tego wielbłąda i pana od graffiti, pan na mnie patrzy z dziwną miną, ja się uśmiechnęłam, a A. pyta: “Co ty mu zrobiłaś?” “Nic mu nie zrobiłam. Namalowałam wczoraj na wielbłądzie równanie stanu gazu.” “Aha. OK.”
W sumie to szkoda, że tego pana nie zapytałam, czy by ze mną nie poszedł na piwo. Fajny był.
| 1 komentarz

O hałasie, biegunie i błogim spokoju, czyli jak dobrze, że uciekłam.

No, to się trochę pozmieniało. Ale bardzo dobrze. Jestem z tej zmiany bardzo zadowolona. Odkryłam właśnie, co w tej cholernej korporacji było najbardziej męczące. Hałas. Serio. Siedziałam otoczona 6 osobami, które bez przerwy napieprzały przez telefon, jak nie służbowo, z analfabetami, którzy zgubili okno albo wyłączyli sobie serwer, to prywatnie, z sześcioletnią córka, która sobie na naszej klasie hoduje zwierzątko, z zapłakaną przyjaciółką, z pijanym glazurnikiem, ze wszelkimi możliwymi nieszczęściami świata. A w tle jeszcze było słychać, jak na drugim końcu tej potwornej hali dwóch gości się wydziera na laskę, która głosuje na PiS. I jak ja stamtąd wychodziłam, to nie byłam w stanie nic zrobić. Nic. Kompletnie. Mózg miałam rozgotowany na kleik.
A w instytucie jest CICHO. Nikt nie pieprzy głupot, nikt się nie kłóci, jest cudownie. Serio. Spokój, cisza, a po 17stej to tam w ogóle nikogo nie ma, wiatr hula po korytarzach, ja mogę siedzieć, robić swoje i nikt mi zawraca głowy. I okazuję się, że można wyjść z pracy i mieć jeszcze ochotę robić różne inne rzeczy. Cudownie.
Chociaż przyznam szczerze, że chłopaki w korporacji mi zrobili urocze pożegnanie. Na to zorganizowane przez mnie piwo przyszli tłumnie, piliśmy do pierwszej, mimo, że to był środek tygodnia, byliśmy na rozchodniaczku w Zakąskach. Kupili mi na pożegnanie Kindle’a, fajowski i strasznie drogi prezent, i jeszcze dwa dni po odejściu zabrali mnie do parku linowego w Powsinie. Ten park linowy może pomińmy milczeniem, siniaki mam po tej przyjemności takie, że do dzisiaj chodzę w bluzkach z długim rękawem, bo się boję, żeby mnie ktoś z ulicy na policję nie zaprowadził. Jako ofiarę przemocy w rodzinie czy innego ciężkiego pobicia.
Na brak wyzwań nie narzekam, na pieniądze chyba też nie, zwłaszcza, że w międzyczasie wynikło jeszcze jedno zajęcie, z którego mogę mieć stały i całkiem niezły dochód. Ludzie w instytucie są spoko i myślę, że się dogadamy. Pokazali mi pierwszego dnia zdjęcia z wypraw polarnych, na które jeżdżą raz na 2-3 lata i mi się od razu oczy zaświeciły! Lodołamaczem mogę pływać gdzieś koło Spitsbergenu, jaka opcja! Nawet M. mi zazdrości.
Jest naprawdę dobrze. A najlepsze jest to, że z mojego życia zniknął Ridż. Sądziłam, że jeszcze przez jakiś czas będę za nim tęsknić, ale nie. Brakuje mi zupełnie innych ludzi. Jego nie. Mało tego, w ogóle o nim nie myślę. Wczoraj go sobie przypomniałam, ale to też tylko dlatego, że R. zapytała.
I chyba spróbuję jeszcze raz zdać ten koński egzamin. Mimo wszystko. Bo jak nie spróbuję, to będę na siebie za tę decyzję wściekła do końca życia. I teraz uwaga, śmieszne, pan z obsługi tego cholernego parku linowego mi to uświadomił. Ja miałam wleźć na jakąś kolejną przeszkodę, 5 metrów po linie, już nie miałam siły, a pan akurat stał pode mną. Ja wołam, że mam dosyć, jestem posiniaczona cała i niech mnie ktoś z tego cholerstwa wreszcie ściągnie. A pan (“pan”, duże słowo, może z dziewiętnaście lat miał, gówniarz) popatrzył na mnie jak na idiotkę, mówi: “Niech sobie pani jaj nie robi. Trzy pani zostały”, odwrócił się i sobie poszedł. Co miałam robić, przelazłam jeszcze te trzy liny. I to chyba dobrze, nie?
A, jeszcze Wam film miałam zarekomendować. “Tambien la lluvia”, “Nawet deszcz” po naszemu. Wspaniały i przewrotny film. I smutny w gruncie rzeczy. Hiszpanie jadą do Ameryki Południowej kręcić film o Kolumbie. Taki, który ich trochę wybieli, będzie o zakonniku, który ognistymi kazaniami bronił Indian i o tym, że wszyscy mieli wątpliwości. Jadą kręcić do Boliwii, bo tam jest bieda i tanio i to, że Indianie zupełnie nie tacy, jak na Karaibach, to żaden problem. Wykorzystują ich jako statystów, płacą grosze i w zasadzie robią to samo, co konkwistadorzy. W trakcie zdjęć w mieście wybuchają zamieszki i z ekipy wyłażą różne przykre cechy. W gruncie rzeczy film jest o tym, że bohaterów nie ma. O tym, że nawet jak się kogoś pokona, to nic się nie wygrywa, bo walka jest tak naprawdę o przetrwanie. Smutne. Ale film mądry i dobrze zrobiony.
Dobra, idę. Jeszcze Wam coś napiszę, zanim mnie na ten biegun wyślą.
| 1 komentarz

“Weźmy się i zróbcie”, czyli dlaczego kocham moich kolegów z pracy.

Wczoraj, późna godzina popołudniowa:
koledzy M. oraz S.: “A powiedz, co ty na to, żebyśmy ci zrobili jakąś pożegnalną imprezę? Wyjście na piwo, kręgle, wiesz, coś w tym stylu…”
ja: “O, fajnie! Bardzo się cieszę, że mnie chcecie żegnać.”
M.&S.: “No… Środa ci pasuje?”
ja: “Jasne.”
M.&S.: “Dobra, super. To my jeszcze przemyślimy tę sprawę i będziemy jutro coś ustalać.”
Dzisiaj, wczesna godzina popołudniowa:
kolega S.: “Słuchaj, wiesz, ja z doświadczenia wiem, że lepiej, żebyś ty ludziom wysłała maila z zaproszeniem na to piwo. Jak my to zrobimy, to tam każdy coś zamarudzi, że nie może i tak dalej i jak zwykle nic z tego nie wyjdzie, wiesz, jak to jest. A jak ty napiszesz, to się pewnie ruszą. Dobra?”
ja: “No dobra, mogę napisać. Tylko mi powiedz na kiedy ich dokładnie zaprosić i dokąd.”
S.: “A nie, to już sama zdecyduj. Ja cały przyszły tydzień mam wolny.”
Mistrzostwo manipulacji. Zgodziłam się na wyjście, więc ono musi być. Tyle tylko, że sama je muszę zorganizować. Zajebista sprawa, nie?  Więc jak tam kogoś spotykam na korytarzu, to ich pytam, co o tym myślą.
L.: “Ale gdzie ty chcesz iść? Na kręgle? Do BUWu? Nie ma mowy, Świętokrzyska rozkopana, ja tam nie dojadę, bez sensu. Tutaj gdzieś koło pracy jest taka kręgielnia, ja tam 10 lat temu byłem… Zaraz, na Bitwy Warszawskiej…? Poszukaj.”
M.: “Ty, ale pogoda jest zajebista, to może ognisko jakieś zrób chociaż, co?”
K.: “Ale w ten wtorek? Nie, odpada. Zrób w przyszły. Nie, no jak to: najwyżej mnie nie będzie. MNIE nie będzie?!”
Ja, za przeproszeniem, pierdolę.
| 2 komentarzy

Co na to Schroedinger, czyli o tym, że w życiu tylko cukry są proste.

Jestem wykończona. Ja wiem, to może nie jest najlepsze zdanie na sam początek, ale tak właśnie jest. Ja w tej chwili liczę dni do końca sierpnia, dokładnie wiem, ile jeszcze razy będę musiała wsiąść najpierw w tramwaj, potem w kolejkę, dojechać do pracy, przejść te kilkaset metrów, usiąść, włączyć komputer i tak dalej, i tak dalej. I za każdym razem, jak późnym popołudniem ten komputer wyłączam, to mogę sobie skreślić gdzieś tam w głowie jeszcze jeden dzień i już jest coraz bliżej. Niefajne, ja wiem, ale tak to właśnie teraz działa.
Jak się słucha tych wszystkich szurniętych ekohipisów w powyciąganych podkoszulkach, którzy pokrzykują, że korporacje to jest zło w najczystszej postaci i że tam ludziom kradną duszę i wysysają krew, to każdy zdrowy człowiek się puka w czoło. No właśnie. Ale naprawdę? Właściwie na nic nie masz wpływu, każdą absurdalną i bezsensowną decyzję po prostu musisz przełknąć, podczas gdy przełożony mówi, że on wie, że to głupie i że jego przełożony też wie, że to głupie, ale takie są PROCEDURY, tak po prostu jest, deal with it i już, odpowiedzialnych nie ma, odpowiedzialne są PROCEDURY. Skłonni są ci wmówić, że te PROCEDURY żyją własnym życiem, wszyscy jesteśmy ich ofiarami, łączmy się w bólu, amen. No i tamci “z zagranicy”,  ani trochę od ciebie mądrzejsi, traktują cię jak kompletnego idiotę, tak, no faktycznie, zgadza się, nie możesz bez tego konta pracować, ale my musimy się zastanowić, czy to konto ci czasem nie daje zbyt dużo uprawnień, będziemy nad tym debatować trzy dni, a twoja praca niech leży odłogiem, pogonimy cię za to później. To jest po prostu upokarzające. I może jak się ma rodzinę i na szyi pętlę z gwarancją na trzydzieści lat, to się na to patrzy inaczej. Ale ja tak nie mogę pracować.
Albo to przez Ridża, sama już nie wiem. Dzisiaj go w pracy widziałam po raz ostatni, gdzieś tam teraz jedzie na wakacje. I on powiedział coś w stylu: “Do zobaczenia już poza pracą.” Ja odpowiedziałam coś w rodzaju: “No. Pa. Powodzenia.” i absolutnie jednocześnie, ale to absolutnie i to właściwie chyba tylko Schroedinger umiałby wytłumaczyć, w każdym razie jednocześnie pomyślałam sobie, że “Bardzo bym chciała.” i że “Mam nadzieję, że jednak nie.”, a teraz siedzę i płaczę. No. Głupia jestem. Strasznie głupia.
Dobra, idę, jutro muszę znowu w ten tramwaj i w tę kolejkę. Jeszcze dziesięć razy. Popłuczyny po Andaluzji na zakończenie. W Almerii mi ta piosenka utkwiła w głowie. Jakaś taka jest… a propos.
| Dodaj komentarz

O kolorze nieba, palmach i dbaniu, czyli lekka trauma pourolopowa.

Wszyscy wiedzą, co mają za oknem, nie? Śląprzenie, ciaplanie, plaskanie, ciurkanie oraz wszelkie inne paskudne neologizmy, którymi można opisać deszcz. A teraz pomyślcie sobie, że w Sewilli były 42 stopnie i w ciągu całego naszego pobytu tam – jedna chmura. I że niebo miało tak obłędnie błękitny kolor, że to się nie da słowami opisać. Byłyśmy w Maladze, Almerii, Grenadzie i Sewilli. Widziałam Muzeum Picassa i Alhambrę. Dwa punkty z listy “must see” mogę sobie wykreślić. Andaluzja jest oszałamiająco piękna. W taki dziki, niemalże egzotyczny sposób. No bo rośliny – inne niż u nas, kolor nieba – inny niż u nas, mentalność ludzi – inna – jeszcze bardziej inna niż niebo i rośliny. Tam nawet wróble są bardziej bezpośrednie. No kocham Hiszpanię. I tyle. Zdjęcia już raz przebrałam, co by je wrzucić na fejsbuka, tutaj nic nie wrzucam, drugiej selekcji mi się po prostu nie chce robić. Jak ktoś ma ochotę – poproszę o maila – dostanie link. Ładne wyszły podobno, nawet chłopaki w pracy chwalili. Chyba nie trzeba mieć konta, żeby je obejrzeć. O, wreszcie mi się ukryci czytelnicy może odezwą! :)
M. okazała się fantastyczną towarzyszką podróży, mimo, że znałyśmy się wcześniej słabo i szczerze mówiąc – trochę się obawiałam. M. nie zrzędziła, nie marudziła, bardzo nie zamulała, nie zwierzała mi się i nie nudziła, nie jęczała nawet mimo tego, że już pierwszego dnia się na słońcu mocno poparzyła. Nie miała szczególnych fochów, nie pokłóciłyśmy się chyba nawet ani raz. Super. Jestem zachwycona, naprawdę. I nawet pomysł lotu z Wrocławia jestem jej w stanie wybaczyć. Uwaga – ciocia dobra rada mówi – nie jedźcie do Wrocławia pociągiem. Serio. To, co tam się teraz dzieje na tym dworcu, to jest destylat z apokalipsy i chaosu. Naprawdę.
A teraz pracuję i wkurwiam się w pracy potrójnie. Po pierwsze, kolega znowu jest na zwolnieniu, wyciągają mu z kolana to, co mu tam włożyli rok temu. Po drugie, tym razem nie jestem sama – mam studenta, a jak wiadomo – jestem socjopatką i nie nadaję się do tego, żeby kogokolwiek czegokolwiek uczyć. Po trzecie Ridż się uparł, żeby się ze mną zaprzyjaźniać. A ja strzelam fochy i próbuję go za wszelką cenę do siebie zniechęcić, zachowuję się obrzydliwie, no ale ja nie mogę z nim normalnie rozmawiać. To zawsze jest albo awantura albo jakieś niepoważne pieprzenie głupot, rozmawiać z nim nie mogę. A on jest upierdliwy i zamiast wreszcie uznać, że nie warto i że szkoda zdrowia i dać mi święty spokój, to ciągle za mną łazi. Jak słowo honoru, ja nie mogę po raz kolejny sobie pozwolić na “kumplowanie się” z kimś, w kim jestem/byłam/jestem/byłam zakochana, bo zwariuję dokumentnie. To jest tak trudno pojąć?
Poza tym mam jeszcze parę dodatkowych zadań bojowych, które sobie wynalazłam, żeby z głodu nie umrzeć w tej państwowej instytucji naukowej, więc nie mam się kiedy po tyłku podrapać. Młody mówi, że ten doktorat mi dobrze zrobi, bo wreszcie będę miała czas, żeby zadbać o siebie. Zatkało mnie, jak mi to powiedział. I, szczerze mówiąc, jak sobie to trochę przemyślałam, to się przestraszyłam. No bo: jak to? zadbać o siebie? czyli co? na jogę się zapisać? do kosmetyczki? na psychoterapię? Nie wiem. Naprawdę. Ja chyba nie umiem o siebie dbać. Umiem sobie radzić. Ale to raczej nie jest to samo… Nie wiem, muszę sobie to jeszcze przemyśleć. Zdążę, bo na razie się nie zanosi na to, żeby mi się to “dbanie” gdzieś w grafiku zmieściło.
Dobra, jako wstęp do dbania może się spróbuję w tym tygodniu raz wyspać. Dzisiaj to już się nie uda, jutro też nie, ale może w środę.
Szkoda Amy Winehouse. Głos miała potężny. Mniej rozumu i szczęścia, niestety. W tej piosence ją strasznie lubię.
O, jeszcze R. mnie ubawiła ostatnio, to Wam napiszę. R. mi pożyczy pieniądze, żebym z nią pojechała na obóz konny na Mazury. Świetny plan. Zadłużyć się, żeby przez dwa tygodnie się wkurwiać na całą tę stajenną dziecinadę, zapieprzać przy koniach jak dziki osioł i mieć wrażenie, że jesteś jedyną osobą, która nie ma tu wszystkiego w dupie i w bonusie – znosić fochy i marudzenie samej R. R., kocham Cię jak siostrę, naprawdę. Ale nigdzie z Tobą nie pojadę.
| Dodaj komentarz

Necesito España, czyli o tym, że czasem oddychanie też bywa trudne.

Dobra, to ja już jestem szanowna pani magister inżynier, studia ukończyłam z wynikiem celującym, ukłon, oklaski, kurtyna. Obrona nie była taka zła, wyszłam stamtąd co prawda z poczuciem totalnej kompromitacji, wymiętolona i przejechana doniosłym walcem akademickiej światłości, ale co tam. Dyplom mam. Ku mojemu zdumieniu pani doktor Z., którą zawsze miałam za trochę upośledzoną umysłowo i niewyżytą zołzę mnie tam ratowała, jak mogła, kazała profesorom przestać mnie gnębić, dajcie pani spokój, przecież odpowiedziała pani już na pytania, wnioskuję o zakończenie egzaminu. Dziękuję, pani doktor Z., nie jest pani wcale taką jędzą, jak mi się zdawało.
Świętowanie odbywało się cały tydzień, w środę oraz w piątek trzeźwiałam w pracy. Kac, który pojawia się dopiero po lanczu i nie pozwala logicznie myśleć, jest rzeczą straszną. Straszniejsze jest chyba tylko pertraktowanie z upierdliwymi użytkownikami w towarzystwie takiego kaca. Koszmar. We wtorek w stanie upojenia alkoholowego miał zostać popełniony wpis o tym, jakim wspaniałym miastem jest Warszawa, ale na szczęście poszłam spać, zamiast po pijaku się wywnętrzać. Kiedyś Was tym jeszcze pewnie uraczę, ale to jeszcze nie teraz. Po czwartkowym imprezowaniu ledwo trafiłam do łóżka i już żadnych pomysłów na twórczość literacką nie było.
A w piątek był megakryzys.  Zmęczona jak pies i nieszczęśliwa i ciągle jeszcze przejechana tym akademickim świetlanym walcem dostałam klasycznego ataku paniki. I to takiego, że przez pół godziny siedziałam kiwając się na łóżku i w myślach powtarzałam “wdech, wydech”, pewna, że jak przestanę powtarzać, to zapomnę, w jakiej kolejności i w jakim tempie to trzeba robić i po prostu się uduszę. W czwartek na tę imprezę przyszedł Ridż. Z dziewczyną. I bez uprzedzenia. I ja niby od dawna wiem, że nie warto, że bez sensu i że to już jest zamknięta sprawa, ale jakoś mnie to strasznie zmaltretowało. Teraz za każdym razem, jak docieram do biura, to sobie potarzam: “wdech, wydech, jeszcze dwa miesiące, wdech, wydech, jeszcze dwa miesiące” i jest całkiem nieźle. Ale w piątek był kryzys. No był. Zresztą od tej czwartkowej imprezy Ridż jest jeszcze bardziej miły, gapi się na mnie bez przerwy, opowiada jakieś kretyńskie historie, mało tego, wczoraj oświadczył, że kupił sobie kartę miejską, będzie się zaprzyjaźniał z publicznym transportem i że na tę kolejkę to ja już nie zdążę, więc może bym poczekała na następną i pojechała z nim. “Wdech, wydech, jeszcze dwa miesiące, wdech, wydech, jeszcze dwa miesiące.” A dzisiaj stał i się rozanielony gapił, jak ja ogryzam z delicji najpierw ciastko, potem czekoladę, a na koniec wsysam galaretkę i wylizuję sobie paluchy i mówił, że od wieków nie widział, żeby tak ktoś jadł ciastka. I że on tak jadł jak był mały. “Wdech, wydech, jeszcze dwa miesiące, wdech, wydech, jeszcze dwa miesiące”.
Złożyłam papiery u geofizyków i zaczynam tam od września. Są strasznie mili ci geofizycy, załatwiają mi, co mogą, pan, z którym ja się dogaduję i z którym mam pracować zaniósł kierownikowi studium doktoranckiego opracowanie artykułu, które zrobiłam na rozmowę kwalifikacyjną i przekonał go, żeby mi dać spokój z egzaminem. No bo przecież ja o tej całej geologii, sejsmologii i geofizyce nie mam bladego pojęcia. Na razie. Bo dostałam od nich książkę, przeczytam i już będę coś tam wiedzieć. Dobrze.
W piątek razem z Ridżem tłukła mi się po głowie ta geofizyka. Że co ty kretynko właściwie robisz, co ty sobie wyobrażasz i jak można tak nagle, znienacka, bez sensu i właściwie bez uzasadnienia robić taki zwrot. I że to się źle skończy i że to jest takie do mnie podobne – po sześciu latach jebnąć wszystkim, co robiłam dotychczas o podłogę i uciec od tego jak najdalej i że tak przecież nie można żyć i na miłość boską, ja chyba nigdy w życiu nie wydorośleję.
Ale jak zaczęłam normalnie oddychać, to wróciło do mnie przekonanie, że to jest najlepsza decyzja, jaką w tych okolicznościach przyrody mogłam podjąć. I że nic nie rzucam, że się przecież mnóstwo nauczyłam i to wszystko jest ważne i będę z tego korzystać i w ogóle. Dobrze będzie. Musi być, nie? W końcu się to wszystko wyprostuje.
A w piątek lecę do Hiszpanii. Dobrze, że to teraz. Bardzo mi to jest potrzebne. Właśnie teraz. Było już, ale na starym blogu, więc tu jeszcze raz. Doskonała reklama. Tam właśnie tak jest.
| 1 komentarz